2.26.2009

A private kind of happiness

Dziś rano obudziłam się z myślą, że straciłam absolutnie wszystkie zdjęcia z wakacji. Uderzyło mnie to tak bardzo, że prawie miałam ochotę się rozpłakać. Dalej mi żal, przyznam. Ale płakać raczej nie będę. Całe szczęście, że dzięki moim maniom prześladowczym pewna część tych zdjęć jest w internecie.

Miałam napisać jeszcze o czymś, ale jako że nie mam dostępu do komputera przez cały czas, już o tym zapomniałam...
W ogóle, to śmieszne, jak przeorganizowuje się dzień, kiedy do internetu można wejść dopiero ok. 22. Przeczytałam zaległe gazety, posprzątałam w domu, odrobiłam zadania aż do piątku (poza polskim; NIE UMIEM się do tego zabrać), wyszłam z psem na długi spacer... Wyczekiwanie na Godzinę Zero próbowałam więc sobie skrócić, ale i tak bardzo ekscytujące było, kiedy w końcu dopadłam laptopa.
Ale uzależnienie nie jest problemem, dopóki mnie nie przeszkadza :))

1 komentarz:

  1. Też zawsze robię tego typu rzeczy, gdy jestem odcięta od komputera xD
    I uzależnienie może być całkiem fajne, jeśli je karmić odpowiednio xDD

    OdpowiedzUsuń