Poniedziałki mają irytującą tendencję do tragicznego poranka, za szybko mijającego popołudnia i zbyt krótkiego wieczoru. Zauważam też kolejne prawidłowości - zwykle gdy wracam w ten dzień tygodnia wcześniej ze szkoły, okazuje się, że wszyscy (i wszystko) w domu wymagają nagle pomocy, komputer muli, shuffle w iTunes włącza same irytujące piosenki, na wtorek jest większość zadań i rzeczy do nauczenia, a autobus 86 o 17.05 przyjeżdża za wcześnie i trzeba na niego biec (opcjonalnie, gdy mróz wygryza twarz, spóźnia się wszystko, co jest w stanie jeździć).
Cholera, zimno w tym domowym ognisku.
Cholera, nie umiem nauczyć się niczego na chemię.
Cholera, źle poprawiłam Pawłowi zadanie.
Cholera, źle się czuję. Znowu.
Cholera, trzeba zaraz wychodzić.
Cholera, nic się nie pouczyłam na hiszpański. Idiotyzmem jest olewanie wywalczonych zajęć dodatkowych, prawda? Tak, wiem.
Cholera, czemu jestem dzisiaj taka tragicznie wredna?
Przynajmniej jest jasno na dworze. Chociaż tyle.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz