7.29.2009

And I'm a million different people from one day to the next, I can't change my mold

Bardzo lubię na coś czekać. Czasem proces ten przebiega mi niespokojnie i nerwowo, czasem z radością. Jestem bardzo zadowolona, mając jakiś cel i konsekwentnie do niego dążąc. Problem w tym, że tuż przed oczekiwaną przeze mnie rzeczą nagle zupełnie przestaje mnie ona interesować, czasem wręcz reaguję wrogo na samo wspomnienie o tym. Najprzyjemniejszy jest ten proces.
Z urodzinami jest dokładnie tak samo. Cały rok myślę sobie o 30 lipca jako o cudzie, wyśnionym marzeniu. Co jakiś czas sprawdzam, ile zostało mi jeszcze dni do tej wspaniałej daty. Traktuję to jako swojego rodzaju przełom w życiu, Dzień, Który Zmieni Wszystko. I potem przedostatni dzień lipca nadchodzi. A ja? Jestem burkliwa, opryskliwa, jeszcze bardziej złośliwa i niemiła. Szybko zbywam życzenia, prezenty olewam i cały czas użalam się nad sobą. Nazajutrz wszystko wraca do normy.
Nie wiem, od czego to zależy. Ale póki co jest jeszcze ten fajny czas oczekiwania i jestem w całkiem pozytywnym nastroju, dlatego też postanowiłam zrobić swojego rodzaju résumé.
Co tak właściwie działo się przez ten rok?

Otóż działo się dużo (filozoficzne, wiem). I ze mną, i dookoła mnie.
Przede wszystkim zmieniłam się i sama to widzę. Nie chcę oceniać, czy na lepsze, czy gorsze, bo nie ma to żadnego sensu. Po prostu czuję się zupełnie inną osobą niż 30 lipca 2008.
Stopniowo nabieram pewności siebie. Jak na siebie jestem prawie wygadana. Poza tym nie boję się ludzi. A przynajmniej nie aż tak jak rok temu. Jestem z siebie dumna, bo bardzo chciałam pozbyć się tego zahukania i mogę powiedzieć, że udaje się. Bo ten proces jeszcze trwa.
Przestałam też być napastliwa. Nie zaczepiam ludzi tylko dlatego, że przez Internet czuję się bardziej śmiała i mogę powiedzieć wszystko. Trudniej mnie wyprowadzić z równowagi, sprowokować. Ogólnie dosyć się oswoiłam (zsocjalizowałam?). To też uważam za pozytywne. Oszczędza wiele nerwów.
Na pewno natomiast stałam się złośliwsza i bardziej cyniczna. Chociaż może to kwestia tego, że nie boję się wszystkich swoich poglądów i nie czuję, że muszę zawsze być miła i uczynna. W zasadzie powinnam być z tego niezadowolona. Ale, prawdę mówiąc... Niezbyt mi to przeszkadza.
Umiem też się określić. Mam poglądy na różne mniej lub bardziej ważne sprawy i nie napawa mnie paniką wyrażanie ich. Wiem, do czego dążę (oczywiście w pewnym stopniu; głupotą byłoby stwierdzenie, że mam zaplanowane całe życie), jakie mam plany, postanowienia i marzenia. Nie czuję palącej potrzeby dorównywania do reszty, dopasowywania się i jak najmniejszego wyróżniania się. Poza tym mam wrażenie, że wreszcie ruszyło coś z asertywnością. Obym miała rację.
A jeśli chodzi o physical aspect? Wbrew temu, na co marudzę, chyba trochę urosłam. Poza tym udało mi się wrócić do normy z wagą, z czego jestem bardzo zadowolona. Przeżyłam parę zmian fryzury. Jedne były bardziej udane, inne mniej (prawdę mówiąc, już mam pomysł na kolejną). Nadal specjalnie nie maluję się do szkoły. Dalej nie przebiłam ucha; zresztą powoli już mi się tego odechciewa.
Z zaskoczeniem po kupieniu nowego ubrania/butów słyszę 'pasuje do ciebie'. Można więc stwierdzić, że znalazłam coś w rodzaju swojego stylu. Wolę jednak mówić, że ciągle szukam. Staram się nosić nie tylko spodnie i t-shirty, poza tym trenuję chodzenie na wyższym (no bo nie wysokim) obcasie. Kto by pomyślał o tym rok temu? Na pewno nie ja.

Zaczęłam naukę hiszpańskiego. Nie sądziłam, że uda mi się zmobilizować do tego siebie i dodatkowo jeszcze przekonać rodziców. Ponadto na francuskim czuję się pewnie. Jeśli chodzi o angielski, mam wygórowane ambicje, ale raczej nie umiejętności. Mam wrażenie, że przez dwa powyższe języki inglisz potraktowałam po macoszemu i teraz widać tego rezultaty. Dlatego też przez wakacje nadrabiam na własną rękę. Szkoda, że nie wypaliło z kursem językowym.
Samą szkołę po jakimś czasie dosyć olałam. Nie jest jednak aż tak źle, jak mogłoby być. Co do przyszłego roku mam ambicje wielkości co najmniej Mount Everestu, dlatego też jestem pewna, że będzie lepiej.
Chociaż czasem czuję, że ta 'zmiana' szkoły niewiele mi dała, bo i tak ciągle jest to samo, to mimo wszystko liceum wydaje mi się lepsze niż gimnazjum. Jakoś tak. Ale to pewnie wina tego, że jeśli chodzi o czas, chciałabym ciągle biec do przodu, a nie stać w miejscu czy broń Boże wracać do poprzednich lat.
Warto jeszcze wspomnieć, że mimo dobrych chęci nie udało mi się wykrzesać z siebie entuzjazmu dla polskiego. Byłam nadal przeciętnie przekonana do tego przedmiotu po olimpiadzie, ale w tym roku upewniłam się, że to nie dla mnie. Jak już wiemy, pani S. jest bardzo zawiedziona. Cóż, zdarza się.

Z powrotem zaczęłam normalnie czytać książki. Okazało się, że jednak mam na to czas. Wystarczyło tylko choć trochę opanować swoją rozlazłość.
Jeśli chodzi o fotografię, to na pewno opanowałam trochę aparat. Porobiłam też dużo zdjęć, żadne z nich nie było jednak na tyle wybitnym, żebym je wspominała. Niestety, w większości dalej pracuję na wyczucie. Nie wiem, kiedy mam zamiar nauczyć sie nastawiać parametry. Strasznie mi za to wstyd, ale z drugiej strony, nic szczególnego w tym kierunku nie robię... Mimo tego fotografowanie mnie cieszy. Czuję, że mam przed sobą jeszcze dużo nauki.
Podszkoliłam się za to w jeździe na desce. Co prawda dalej nie mam swojej, ale wierzę, że to uda się rozwiązać jeszcze w 2009.
Niezwykłych talentów nie odkryłam. Czasem z tego powodu mi źle, ale w chwili obecnej akurat mi to nie przeszkadza.

Poza tym mam wyremontowany pokój (ciekawe, jak szybko mi się znudzi), nowy telefon (nareszcie) i nowy komputer. Nie wiem, co myśleć o tym ostatnim. Wiem tylko, że zobaczenie mojej miny, kiedy poczułam, że w starym pali się dysk, byłoby bezcenne.

Można by stwierdzić, że jestem zadowolona z praktycznie wszystkiego, ale tak nie jest. Nie jest to miejsce na zbytnie rozpisywanie się o tym, więc powiem krótko. Żałuję tego, że drogi moje i Natalii rozeszły się. Oraz tego, że Iza wyjechała.

Pojawia się pytanie, dlaczego dałam powyżej takie, a nie inne zdjęcie. Otóż tak naprawdę chodzi tylko o osobę na nim. I to jest najlepsze podsumowanie tego roku :)

No i ofc czekam na sobotę!

♫ The Verve - Bitter Sweet Symphony

3 komentarze:

  1. Tak, to jest najlepsze podsumowanie :)

    Wszystkiego najlepszego!

    OdpowiedzUsuń
  2. Nareszcie wyczaiłam Twojego bloga i chyba się tu zadomowię :)
    Cudowny wpis - szczerość, otwartość - coś do czego dążę, a czego nie potrafię do końca osiągnąć przez brak odwagi.
    Na swój sposób jesteśmy do siebie podobne ^^

    Pozdrowienia i spóźnione wszystkiego najlepszego (na swoje usprawiedliwienie mam prababcię z alzheimerem - mi też się już udziela ^^).

    OdpowiedzUsuń
  3. Jej, ta notka powiedziała tak wiele, jak ja bym umiała, nawet po miesiącu prób oO'
    To prawda, że się zmieniłaś, ale chyba faktycznie wszystkie te zmiany są pozytywne, a przy okazji zachowałaś esencję bamboo, że tak powiem ^^ No i zawsze byłam pod wrażeniem twojego obiektywizmu, nawet względem siebie.
    I zaskoczyłaś mnie przedostatnim akapitem, mnie też jest szkoda, wiesz.

    OdpowiedzUsuń