
Nie od dziś wiem, że cierpię na przerost gruczołu empatycznego, dlatego też uważałam, że na pewno będę reagować mocniej niż niektóre znane mi osoby. Takiego totalnego olewactwa jednak się nie spodziewałam. Kompletnie. Mimo tego, co głosiłam jakiś czas temu, chyba jednak chciałabym wierzyć nadal w ludzi. Ale nie wiem, jak mogłabym po dzisiejszym dniu.
Niektórzy pewnie zechcą zarzucić mi overreacting i dziwną postawę. Ale tu nawet nie chodzi w całości o politykę (którą większość ludzi kwituje krótkim: 'Nie obchodzi mnie to'). Ciekawa jestem, czy komuś wpadło do głowy, jak czują się rodziny pozbawione bliskich. Jak czulibyście się wy, tracąc na przykład dziadka w takiej katastrofie? Mnie osobiście taka myśl przeraża. Moment samej śmierci też, nie umiałabym skłamać, że nie, ale ta pustka potem. Ten BRAK osoby. Kiedy wyobrażam sobie, w jakim stanie muszą być teraz bliscy zmarłych, łzy stają mi w oczach. Pewnie dlatego, że wiem, jak się czują po utracie kogoś.
Inna rzecz to aspekt medialno-polityczny. Wiem oczywiście, że do soboty większość moich rówieśników nie miała pojęcia, jak nazywa się Marszałek Sejmu, ale osobiście jestem na bieżąco z wiadomościami, zarówno z gazet, jak i telewizji oraz internetu, i zupełnie niewyobrażalny jest dla mnie brak pewnych osób na co dzień. To zniknięcie. Puf i nie ma. Putry, Gosiewskiego, Szczygło, Bochenek i oczywiście Kaczyńskich. Nie potrafię sobie tego wyobrazić.
Ogólnie to wszystko nie mieści mi się w głowie i czuję się całkowicie surrealistycznie. Zupełnie jakby doszła do mnie jakaś abstrakcyjna, niepojęta wiadomość. Jak to? Naprawdę? Niemożliwe, i już. Przeraża mnie spalenie się żywcem, brak najważniejszych osób w państwie i cierpienie ich bliskich. Nawet jeśli nie byłam i nie jestem za rządzącą partią i nie przepadałam za Kaczyńskim, to to jest tragedia osoby, prezydenta, który reprezentował wszystkie te 38,2 milionów osób. Prosty rachunek - mnie też.
Pewnie dlatego nie mieści mi się w głowie ludzka obojętność, jaką napotkałam dzisiaj, zupełnie inna od tego, co widziałam w telewizji i czytałam w internecie przez weekend. Brak jakiegokolwiek uczczenia tej tragedii minutą ciszy, brak podstawowej wiedzy o wypadku, weekendowa impreza, narzekanie na długość żałoby, komentarz G. ('Przez cały weekend w telewizji leciało to samo, więc miałam dużo czasu na sprawdzenie sprawdzianów' - mało brakowało, a wstałabym i wyszła). Brak elementarnych ludzkich odruchów. Już nawet nie mówię tu o obowiązkach obywatelskich, bo nie jestem właściwą osobą do oceniania tego. Ale totalne olanie? Śmianie się? Jak można? Pomijając już mój idealizm, któremu systematycznie wbijacie nóż w serce, przekonałam się jeszcze o totalnym braku wrażliwości. Przyznam, że obawiałam się trochę tego, ale nie spodziewałam się, że aż na taką skalę.
Inną sprawą jest, że zaczęłam zastanawiać się, czy naprawdę nie jestem patriotką. Ale to temat na zupełnie inną rozmowę i na pewno nie przeprowadzę jej tutaj. Chociaż dzisiaj zostawiam włączone komentarze, bo jestem ciekawa, czy zostanę wyzwana od złośliwych, uogólniających, stronniczych i wywyższających się małp.
A najbardziej przerażające w takich sytuacjach jest zawsze dla mnie to, że życie biegnie dalej.