5.25.2010

She will love you like a fly will never love you, again

Szlag by to trafił. Było ok, jak ogłoszono tylko Klaxonsów. Z żalem odmówiłam jazdy 600 km na jeden zespół. Potem wsłuchałam się w Massive Attack, ale wątpię, żeby przywieźli ze sobą Hope Sandoval, więc w zasadzie nie ma po co tam iść. Ale Dead Weather? Źle mi z tym.

Źle mi też z tym, że kolejne zajęcia basenowe za 3 miesiące, a pójście samemu nigdy nie jest tym samym co wykonywanie poleceń Pana Trenera. Mimo to przygotowałam krótką listę postanowień na ten czas.
* jeździć na normalny pływacki basen, co najmniej 3 razy w czerwcu
* wreszcie nauczyć się pływać kraulem
* nadal pracować z uporem maniaka i świadomością bolących mięśni na żebrach nad delfinem, bo naprawdę ładnie rzeźbi sylwetkę.
Poza tym dzisiejszy żart, ktokolwiek na niego wpadł (a jestem prawie pewna, że inspirował się kolonijną zieloną nocą), z wylewaniem kosmetyków, mieszaniem ubrań i rozsypaniem zawartości mojej kosmetyczki na podłodze, nie był do końca zabawny. Nie cierpię grzebania w moich rzeczach.

Deszcz rozmoczył mi głowę i najwyraźniej rozpuszcza mózg. Nie widzę innego powodu dla pierdół, jakie ostatnio robię. Podobno taka racjonalna ze mnie osoba.

A teraz projekt durnej wycieczki. Całość kosztów będzie równa karnetowi na Coke'a i czuję to okropne marnotrawstwo pieniędzy. Ech.
I tak, nie jestem zsocjalizowana, uspołeczniona, towarzyska i przebojowa.

+ pozdrawiam rośliny strączkowe

♫♫♪ Massive Attack - Paradise Circus

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz