5.16.2009

Say, it'll make you insane

Kiedy po wielu rozmowach, paru załamaniach, całej masie mniej lub bardziej idiotycznych przemyśleń i kilku całkowitych zmianach nastroju udaje mi się jakoś dojść ze sobą do ładu, czyli uciszyć szalejące kompleksy, w zasadzie banalnie proste wywołanie jest ich z powrotem. Baczna obserwacja innych ludzi początkowo powoduje jedynie porównywanie się z pewnym zainteresowaniem. Jest to faza dosyć przyjemna, bo akceptowania swojej odmienności - takiego zwykłego różnienia się od innych, nie wyalienowania. Następnie niepostrzeżenie zjawia się kolejny etap. W pewnym momencie nie myśli się 'A. ma ładną figurę' czy ktoś inny ładne zęby, ale 'z takim brzuchem w życiu nie uda mi się osiągnąć postury A., poza tym jestem za leniwa na dbanie o siebie, a może po prostu nie jestem stworzona do wyglądania ładnie, może już zawsze o każdej porze dnia wyglądać będę jak obudzona o 3 nad ranem i wyrzucona z domu, na pewno nie uda mi się schudnąć, poza tym co to są za zęby, włosy nie te, oczy wyłupiaste, krzywy kręgosłup...'. Pół biedy, gdy zdążę uznać, że po prostu taka jestem, trudno, a zresztą i tak mogło być gorzej. Zwykle jednak, jako że mam skłonność do overthinking większości dotyczących mnie rzeczy, brnę w ten samolincz jeszcze dalej. Wyszukując coraz to bardziej idiotyczne i wydumane powody, które na tym etapie wcale nie wydają się wyssane z palca, wchodzę w fazę totalnego użalania się nad sobą. Oprócz wiecznych zastrzeżeń co do wyglądu dołącza się też ubolewanie nad własną psychiką. To, myślę, jest akurat zrozumiałe, bo mentalność mam naprawdę pokręconą i wcale nie jestem z tego aż tak zadowolona, jak mógłby sugerować początek tego zdania. Wątpliwości, podejrzane myśli, kompleksy osaczają i w jakiś tylko sobie znany sposób tak zagęszczają atmosferę wokół mnie, że widać część tego, co sobie właśnie roję. Jest to faza najbardziej męcząca, bo, jak widać, długotrwała. Poważne rozmowy zwykle nie przynoszą efektu, bo trzeba poczekać, aż minie. Nie, nie upuszczam sobie w tym celu złej krwi. Jest jeszcze jeden etap, dosyć ekstremalny - lekka histeria ze złości na swój widok w lustrze. Ale to przychodzi bardzo rzadko i naprawdę trzeba się 'postarać'.
Najgorsza jest świadomość, że to, co się robi, jest szalenie żałosne, a następnie pogrążanie się z premedytacją we własnej chorej, nieistniejącej w zasadzie samoocenie. Za każdym razem wiem, co robię, a ta wiedza sprawia, że czuję się jeszcze bardziej gównianie. Ale nie umiem pozbyć się tej potrzeby dokopania sobie psychicznie. Tak jakby użalanie się nad sobą było istotną częścią mojego istnienia. Chociaż pewnie sobie to wmówiłam.

Ciekawe, czy po mnie to widać.

♫ Muse - The Smallprint

1 komentarz:

  1. po pierwsze, rzucil mi sie w oczy tytul- kawalek the small print. do tego ta notka, bardzo realistyczna i poczulam sie, jakbys mowila dokladnie o mnie. ale wydaje mi sie, ze to po prostu jakas taka ludzka cecha- dokopywanie sobie psychicznie. u mnie objawia sie ono tym, ze niszcze wszystko, co jest dla mnie wazne.
    tak poza tym, to nigdy bym nie przypuszczala, ze to wlasnie ty napiszesz takie slowa. ale nie jestem w stanie odpowiedziec, czy to pozytywne czy negatywne.

    ; ***

    OdpowiedzUsuń