Jako że siedzę przy komputerze codziennie, a życie zaczyna nabierać tempa, wypadałoby coś napisać (oczywiście widać, że ciągle nie mam weny na opis Turcji; zdarza się).
Tak więc przygotowuję się. Jak zwykle wszędzie wpycham swoje organizatorskie zapędy, poza tym szykuję się do pakowania i jestem męczona przez rodzinę (ratunku, trzeba było wybrać tę Australię). Nagle okazuje się, że zna mnie w niej więcej osób niż rodzice i brat i wszyscy zapewniają, że koniecznie będę musiała się z nimi kontaktować i o-boże-jak-to-nie-widzieć-cię-trzy-miesiące-co-za-tragedia (jeszcze rozumiem tych najbliższych, ale resztę zazwyczaj spotykałam nie częściej niż co kwartał). Plus straszenie tym nieszczęsnym Skype'em i spędem rodzinnym na święta (jeszcze nigdy nie stresowałam się tym we wrześniu, co za paranoja, mam już odruch wymiotny na myśl o tym). Wszystko to sprawia, że bardzo chciałabym już być tam, chociaż włącza mi się trochę sentymentalizmu i smutku co do opuszczania swojego pokoju.
Z drugiej strony za to czeka zawalenie sobie transportu z lotniska (:P), harmonogram welcome week, utrzymywanie się samodzielnie, wybieranie przedmiotów, poznawanie ludzi, blokada językowa (albo mieszanie słów angielskich i francuskich), 15 stopni i deszcz, dwie walizki i trochę strachu, ale większość ekscytacji. Bo przecież w końcu będzie kiedyś i za tydzień będę już pisać STAMTĄD. I to bez aparatu!!!
A jakieś takie ostateczne było w tym wszystkim sprzedanie książek i ostatnie wyjście ze szkoły. Czas się odciąć w końcu od tego i zacząć żyć od nowa.
Nie wierzę sama sobie, że ciągle jeszcze się przejmuję, mam nadzieję, że niedługo już nie będzie czasu na to i zapomnę, albo przynajmniej zepchnę w głębokie rejony pamięci.
Męczy człowieka ostatnio ten tatuaż, trzeba przeczekać, chociaż ja nie jestem, z drugiej strony, osobą skrupulatnie planującą. Tymczasem nastała era kosmetykomanii, co jest oczywistą przeszkodą.