Po wszelkich przestronnych, pełnych przestrzeni do oddychania meczetach na widok kapiącej złotem i oblepionej posągami Jasnej Góry ogarnia mnie obrzydzenie.
Dziwny dzień. Miał być pierwszym z serii cyklu opowieści, a stał się ohydnym praniem brudów, trapiących mnie już od ponad roku i ciągle nierozwiązanych. Nadal męczy mnie, o co tak właściwie chodziło, i nadal wracają do mnie tamte emocje, jednak póki co najważniejsza jest odpowiedź na fundamentalne pytanie - czy popełniam jakiś błąd w kontaktach z ludźmi? Jeśli tak, jaki to błąd? Zawsze zdawało mi się, że jestem mało konfliktowa, tymczasem przed wyjazdem trzeba zrewidować te poglądy, żeby nie popełniać znowu tych samych pomyłek.
I owszem, absolutnie niczego nie wyjaśnia kolejna taka rozmowa, jednak kiedyś w końcu chcę ją doprowadzić do końca i zacząć żyć nowymi sprawami.
Przykre to trochę.
Teraz zauważyłam, że czcionka nagłówkowa ma francuskie znaki. Uczciłam to chwilą ciszy, jako że francuskiego już koniec... [*] A może nie uda mi się go całkiem zapomnieć? Wypadałoby coś z tym zrobić na miejscu, póki co przeraża mnie, jak wielu rzeczy nie wiem w angielskim. Ale za to w końcu będę mieć fajne i interesujące przedmioty, tyle lat na to czekałam.
Wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują na ostateczny i nieodwołalny koniec mojego metalowego nazębnego wroga! Nawet śni mi się już zdejmowanie tego, a prawdopodobnie już w przyszłym tygodniu będzie po wszystkim. W KOŃCU.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz