Wiecie co? Nie cierpię wszystkich, za to, że w sobotę w Warszawie jest Florence, której od paru dni słucham ciągle, chyba ze względu na to, w sierpniu w Krakowie Muse, na które nie pojadę, w Belgii mają już satysfakcjonujący mnie line-up, że zwątpiłam poważnie w Openera, że we mnie nie wierzą, że jutro będę musiała słuchać sentymentalnej piosenki francuskiej - Celine Dion, fuj - z tą irytującą kobietą (inna sprawa, że poza Candy żaden nauczyciel francuskiego nie przypadł mi jeszcze do gustu), że ten ogromny siniak na nodze nie chce się zagoić i że ciągle dają mi powody do denerwowania się.Ale aktualnie naprawdę jestem spokojna. Nawet już przyszykowana do snu. I wbrew wszystkim w siebie wierzę, oczywiście z dużą dozą realizmu, ale przecież uczysz mnie myślenia o sobie dobrze, a ja się szybko uczę.
Poza tym naprawdę dużo zrobiłam. Co ma być, to będzie.
Uroczyście przysięgam, że knuję coś niedobrego.
♫♫♪ Florence and the Machine - Blinding

